Edward Guziakiewicz

Fragmenty prozy

Edward Guziakiewicz, Enbargonki

(fragment powieści sf)


C

zerwona Planeta rosła przed naszymi oczami, stopniowo wypełniając główny ekran amfibii. Niemal otarliśmy się o Fobosa, który już dawno pozbył się swych nierównych kształtów i przypominał teraz nieco spłaszczoną kulę. Zwiększono dwukrotnie jego masę. Znajdowały się na nim bazy policyjne i wojskowe. Kami wpadł w korytarz powietrzny na wysokości czterdziestu tysięcy stóp. Ciągnąłem wzrokiem po olbrzymich kopułach, pochodzących jeszcze z czasów, kiedy Mars nie posiadał wzmocnionej grawitacji. Dolecieliśmy do Victorii, miasta rozciągającego się nieopodal majestatycznej góry Olimp, kończąc lot na kosmodromie ulokowanym na południowy wschód od metropolii. Witał nas poranek. Panował tu duży ruch, statki kosmiczne się mijały, jednak w sektorze prywatnym było względnie spokojnie. Enbargońska amfibia, z której wysiedliśmy, zabierając bagaże, natychmiast poderwała się do góry i pożegnałem ją z łezką w oku.

Widoczny z płyty kosmodromu wulkaniczny masyw Olimpu prezentował się w pełnej krasie. Było to mające ponad dwadzieścia kilometrów najwyższe wzniesienie w całym Układzie Słonecznym. Stanowiło wizytówkę Victorii. Nie umywały się do tej roli monumentalne pomniki z centrum miasta.

Czekał na nas wynajęty airbus, którym dotarliśmy do luksusowej dzielnicy podmiejskiej, czegoś na kształt rozległego osiedla dla VIP-ów. Ciągnęły się tu wzdłuż cichych ulic ukryte w zieleni rezydencje. Przed jedną z nich niby przed bramą raju znieruchomiała powietrzna taksówka.

Dopiero kiedy wysiadłem, przeszedłem się po marmurowym podjeździe i obejrzałem okazały fronton, pojąłem, że naprawdę zaczyna się nowy rozdział w moim życiu. Spędziłem w Victorii sporo lat i znałem to miasto jak własną kieszeń, ale nigdy nie przypuszczałem, że stanę się kimś dobrze sytuowanym i należącym do establishmentu.

Grace dostrzegła moje pełne zachwytu spojrzenie.

— Dysponujemy jeszcze apartamentem w śródmieściu — zdradziła z dumą w głosie. — O powierzchni pięciuset metrów kwadratowych.

Pełne zabytkowych rzeźb wnętrze zostało urządzone z przepychem, chociaż przy tym — jak na mój gust — nazbyt muzealnie. Kapało w nim od złota. Marmurowe posadzki lśniły. Meble mogły kojarzyć się z pałacem królewskim. Obok ogromnego salonu mieliśmy pięć luksusowych sypialni, świetnie wyposażone łazienki, rozbudowaną kuchnię oraz kilka innych przydatnych pomieszczeń. Nie zabrakło basenu z tyłu rezydencji. Patio otwierało się na ogród. W garażach stały cztery autoloty, każdy innej firmy i wytworna limuzyna przystosowana do jazdy po miejskich ulicach. Musiałem się do tego przyzwyczaić. I pomyśleć, że lokum, w którym mieszkałem z Dorothy na dziewięćdziesiątym piętrze przy Dwudziestej Dziewiątej Alei, miało czterdzieści pięć metrów kwadratowych.

Sypialnie były ze sobą połączone i Jacqueline mi zasugerowała, bym wybrał sobie środkową. Jeżeli moje dziunie zdążyły się posprzeczać o to, gdzie która ma się ulokować, to uporały się z tym za moimi plecami. Błyskawicznie się przebrały. Zdjęły kombinezony podróżne i paradowały w cieszących wzrok negliżach oraz kusych szlafroczkach. Były świeże i promienne. Pilnowały się, żeby wyglądać szykownie.

Obejrzałem sobie wnętrze rezydencji, zapamiętując rozkład pomieszczeń i rzuciłem się na zdobione łóżko w mojej sypialni. Nakryty jedwabiami miękki materac ugiął się pode mną. Zapuściłem żurawia do ściennej szafy, na razie pustej, a potem zatrzymałem się przy generatorze odzieży. Komputer o miłym kobiecym głosie zapytał, czy może mnie zmierzyć i zważyć. Zgodziłem się i w okamgnieniu przeskanował moje ciało. W łazience była ogromna wanna. Kabina regeneracyjna wyglądała tak samo jak na Eufemii, więc pomyślałem, że nadal będę pracować nad muskulaturą. Chciałem przecież mieć budzący zachwyt tors i brzuch jak kaloryfer.


zobacz stronę


Edward Guziakiewicz, Zdrada strażnika planety

(fragment powieści sf)


D

obrze sytuowani Ateńczycy w właściwy sobie sposób witali upalną porę roku, zapowiadającą żar i suszę na polach, w winnicach i w gajach oliwnych. Kto miał majętności i dobrze nabity trzos, ten bawił się i zażywał rozkoszy. Delektował się, korzystając z uroków pełnej żywych barw kończącej się wiosny. Ni i Mu-ur oglądali więc pogodnych i weselących się obywateli. Dopiero co tu przybyli, więc nie mieli jeszcze okazji, by zajrzeć do uboższych dzielnic, a tam zetknąć z ciemniejszymi stronami miasta. W okalających bogate domostwa arystokratów wypielęgnowanych ogrodach toczyło się wieczorne życie. Składano sobie wizyty i ucztowano, paliły się rozwieszone lampiony, służba roznosiła potrawy, podawała owoce i wino. Mało kto posilał się między kolumnami, a korzystano z łoży biesiadnych, powynoszonych na zewnątrz. Mężowie z laurami na czołach przechadzali się między obsypanymi kwiatami krzewami, rozprawiając o sprawach wyższego rzędu, może o filozofii i polityce, o poezji i sztuce, czy o tym, jak na losy ludzkie wpływają gwiazdy.

Kiedy mieli zawracać, znienacka zastąpiła im drogę okryta łachmanami pochylona kobieca postać — ni to żebraczka, ni to jakaś wieszczka, o starej i pooranej zmarszczkami twarzy. Rozłożyła drapieżnie ręce, a poruszając się niby w tańcu, z powagą złożyła im głęboki i służebny pokłon, prawie aż do ziemi, omal przy tym nie szurając głową po szarym pyle.

— O wielcy bogowie — krzyknęła chrapliwie. — O prawdziwie nieśmiertelni. Spójrzcie na tę, która umiera w bólach, która ginie jak robak i schnie jak marna trawa. Wejrzyjcie na nią łaskawie!

Należała do najuboższych i dobrze o tym wiedziała. Była niewiele warta. Wietrzący bliżej nieznane niebezpieczeństwo Mu-ur sięgnął ukradkiem po broń, którą przezornie zabrał ze sobą. Zwędzony ze skarbca maleńki dezintegrator nie najgorzej mieścił się mu w dłoni. Za pasem krył sztylet, z którym starał się nie rozstawać.

Ni wpadła w panikę. Zbladła. Wydawało się, że za chwilę rzuci się na nią i wydrapie jej oczy. Czyżby odrażająca wiedźma była bardziej domyślna niż wszystkowiedząca Pytia z Delf?

— Nie jesteśmy bogami, ani ich wysłannikami! — jej rozpaczliwy głos zabrzmiał ostro i odpychająco. — Tylko zwykłymi ludźmi!

Stara jednak nie zamierzała ustąpić. Okrywająca ją czarna chusta zsunęła jej się z głowy, a długie, siwe i mocno przerzedzone włosy sięgnęły prawie do kolan. Znowu uniosła ręce, niby w jakimś natchnieniu, poruszając się w takty niesłyszalnej muzyki.

— O królujący, o przybyli z niebios na potężnym rydwanie — zawołała. — Nie opuszczajcie śmiertelnej, tej, która jest w potrzebie!..

Safona pierwsza zdała sobie sprawę z tego, o co chodzi starej. Ocierała się wiele razy o ludzką nędzę, więc nie dostrzegła w tym żałosnym spektaklu żadnych ukrytych podtekstów. Nikt nie usiłował zdekonspirować przybyszy z gwiazd lub w inny sposób im zagrozić.

— Trzeba dać jej coś na odczepne — dmuchnął jej do ucha domyślny chłopak.

Jednym ruchem ściągnęła z dłoni cienką, srebrną bransoletę i cisnęła ją żebraczce. Starucha zręcznie złapała zdobycz, ucałowała ją i natychmiast przypadła dziewczynie do kolan. Zaraz też uniosła się i w głębokim pokłonie poczęła cofać się do tyłu, ustępując obcym placu. Nim się spostrzegli, rozmyła się w gęstniejącym mroku.


zobacz stronę


Edward Guziakiewicz, Obcy z Alfy Centauri

(fragment powieści sf)


P

oczłapał w stronę uchylonych drzwi, ściągnął buty z nóg i rzucił się na sprężynujące łóżko. Włączył odtwarzacz, decydując się na ulubione „Bolero” Maurycego Ravela. Pierwszy raz ten utwór usłyszał w Wenecji. Był wówczas ośmioletnim chłopakiem i jeszcze nie rozróżniał między muzyką poważną a rozrywkową. Uwielbiał dawnych mistrzów.

— Crescendo na orkiestrę, start! — zarządził z miną dyrygenta. Potem wygodnie się wyciągnął, kładąc ręce pod głowę, i niewidzącym wzrokiem zapatrzył się w sufit.

Wsłuchał się w jednostajny baskijski rytm, podany przez werbel. Flet rozpoczął solo. Temat był natarczywy, a orkiestra wielokrotnie go powtarzała, stopniując, bez żadnego rozwinięcia. Myśli krążyły wokół spraw bez znaczenia. W Paryżu był sam, rodzice bowiem mieszkali w Awinionie. Odwiedzał ich od czasu do czasu, a zimowe i letnie wakacje spędzali wspólnie, zwykle gdzieś się wybierając. Ostatnio bawił z nimi dwa tygodnie na Madagaskarze, ale zaczynał się już nudzić w ich towarzystwie. Różnica wieku robiła swoje. Nie obchodziły go dyskusje nad nowymi metodami uprawy złocistej kukurydzy, co pociągało siwiejącego ojca, mającego udziały w kilku spółkach rolniczych, ani rozmowy o terapiach odmładzających, co z kolei podniecało aż do przesady dbającą o siebie matkę. Był inny niż jego koledzy, górował nad nimi inteligencją, łatwością zapamiętywania i tempem skojarzeń, co czuł od wczesnego dzieciństwa.

— Wchodzi następny — szepnął, śledząc uchem płynące dźwięki.

Dlaczego lubił ten utwór? Pewnie dlatego, że dziełko było apoteozą rytmu. A poza tym stanowiło wspaniałą rewię instrumentów. Te po odegraniu solowej partii kolejno wnikały w akompaniament. Umiał je bezbłędnie rozpoznawać.

Od kilku lat, wieczorami, kiedy kładł się spać, powracała do niego jak bumerang niepokojąca myśl, dotycząca jego związków z otaczającym go światem. Supozycja była na miarę jego młodzieńczego wieku. Ulegając ciągowi luźnych skojarzeń, oczyma wyobraźni wyławiał z mroku przedziwną ukrytą społeczność, jakby nieziemską rodzinę, która z bliżej nieokreślonego powodu zdawała się jednocześnie o nim pamiętać i nie pamiętać. W blasku dnia spychał tę dokuczliwą hipotezę do podświadomości, uważając, że jest absurdalna. Jednak teraz, kiedy zaczął regularnie otrzymywać czeki na pokaźną sumę, niby to comiesięczne stypendium, a wraz z nimi odbitkę sztychu z archaniołem walczącym ze smokiem, hipoteza przerodziła się w pewność. Rysunek bezsprzecznie symbolizował rozsianą po kuli ziemskiej osobliwą wspólnotę, która subtelnie dawała znać o sobie, nie zdradzając na razie swej tożsamości i nie wychylając się z cienia. Intuicyjnie to wyczuwał. Czyżby został wybrany? Naznaczony? Przez kogo i po co? Przez Internet szukał pierwowzoru wizerunku, sięgając do archiwów bibliotecznych na wszystkich kontynentach, ale bez skutku. Twórca sztychu nie był znany. Jak przez mgłę przypominał sobie, że gdzieś w Paryżu widział niemal identyczny motyw na portalu jakiegoś mijanego gmachu. Tylko gdzie to było? Mimo, że od tygodnia ćwiczył się w odtwarzaniu swoich nie tak bardzo zawiłych tras po mieście, nie mógł rozmazanego wspomnienia skojarzyć z właściwym zakątkiem stolicy.

Przeciągnął się na łóżku, wahając się nad dzielnicą łacińską, w której symbol walczącego anioła mógł się wiązać z jakąś scholastyczną tradycją uniwersytecką. Tam wciąż natrafiał na objuczonych książkami studentów.

— Najboleśniejszy jest dramat wyobcowania — mruknął z żalem, zatrzymując się myślami przy pisarzach egzystencjalistach. W wolnych chwilach zagłębiał się w prace Sartre’a i Camusa. — Doświadczam głębokiej samotności... — ze smutkiem orzekł, cedząc zgłoski. Niestety, nie miał z kim o tym pogadać, a mówienie do siebie nie rozwiązywało sprawy. Czytywał też inne dzieła, nie stroniąc od filozofów starożytnych i średniowiecznych.

Napięcie rosło i odzywały się kolejne instrumenty. Oglądał kiedyś to widowisko baletowe w operze i przed oczyma miał teraz skąpo oświetloną scenę. We wnętrzu hiszpańskiej gospody wzdłuż ścian siedzieli przy winie wieśniacy. Pośrodku na wielkim stole gibka dziewczyna rozpoczynała taniec. Najpierw nieśmiało, choć z godnością, miarowo. Rytm uporczywie wracał, raz po raz, a jej ruchy krzepły, nabierały pewności i śmiałości. Początkowo nie zwracający na dziewkę uwagi zagadani goście zaczynali stopniowo nasłuchiwać, rozmowy cichły, wstawali i urzeczeni podchodzili do stołu. Jak zahipnotyzowani gromadzili się wokół tańczącego bóstwa.

— Zbiorowa magia — półszepnął. — Działanie na wszystkie zmysły. I ta niebotyczna wirtuozeria ruchów. Nieziemska baletnica! Cudo!

Mimo swych siedemnastu lat nie miał dotąd dziewczyny i chyba to go najbardziej bolało. Skrycie marzył o takiej, o cudownej wybrance losu — ba, wiele razy wyobrażał sobie, że udało mu się wreszcie na taką natknąć i z nią się zaprzyjaźnić. Wyobrażał sobie, że trzymając się za ręce, włóczą się razem po wybrzeżu Sekwany, zaglądają do kafejek, muzeów i kin. Z rówieśniczek, które znał, żadna mu nie odpowiadała, chociaż chciały się z nim umawiać. On się im podobał, one jemu — nie.

— Najboleśniejszy jest dramat wyobcowania — półgębkiem powtórzył, sumując jałowe medytacje.

Muzyka płynęła, zwiastując finał, instrumentów w tle przybywało — i nagle, dosłownie w okamgnieniu, powiązały się strzępy wspomnień, przekształcając w obraz, który wykwitł w polu świadomości. To był przebłysk geniuszu. Chłopak doznał olśnienia. Narastające crescendo zamknął obcy, mediantowo zastępczy akord.

— Ty ciężko kapująca mózgownico — krzyknął, rozgorączkowany i przejęty. — Przecież to tak oczywiste jak dwa razy dwa!

Zerwał się z łóżka, wyłączył odtwarzacz, z powrotem założył miękkie buty, narzucił kurtkę i pędem wybiegł z mieszkania. Nie mógł doczekać się windy i na łeb na szyję zbiegł po schodach.


zobacz stronę


Edward Guziakiewicz, Bunt androidów

(fragment powieści sf)


T

rójoki planował nowe akcje na Ziemi i dobierał do nich wykonawców z pierwszego poziomu. Urodzony optymista, opanowany i skupiony, emanował pogodą ducha. Usiadłem przy nim, wpatrując się w monitory. Wstydliwie omijałem wzrokiem jego trzecie oko, jakby to była jakaś ułomność, którą nie należało się chwalić. Mimowolnie zakładałem, że służy ono do specjalnych, paranormalnych celów, ale jak dotąd nie odkryłem, żeby posługiwał się nim inaczej niż parą pozostałych. Musiałem przyzwyczaić się do tej przypadłości jego gatunku, o którym nadal niewiele wiedziałem.

Miał na tapecie kilka powoli się obracających dziewczęcych postaci. Nie powiem, młódki były atrakcyjne, niczym z ilustrowanych magazynów dla kobiet, szczupłe jak Kasandra i wprost rwące się do działania. Skupiłem uwagę na uśmiechniętej Mulatce o wydatnych piersiach.

— Rozkoszna — rzekłem, nie mogąc wyjść z podziwu. — Dla mnie bomba. Żywcem Miss Universe, kocham takie lale!

Pozwolił mi nacieszyć oczy.

— Myślę o tej zmysłowej blondynce — ostrożnie zasugerował. — Długo się zastanawiałem, wydaje mi się w sam raz.

Na pierwszy plan wypłynęło zbliżenie dziewczyny. Włosy zebrane z tyłu głowy w koński ogon odsłaniały czytelne rysy twarzy.

— Ja cię pierdzielę, ale szprycha, prawdziwe bóstwo, nie da się ukryć, miód, rarytas, cimes. Co za zderzaki?! — odrzekłem, z uznaniem kiwając głową. Bez dwóch zdań, Or-Mat miał naprawdę dobry gust. Chyliłem przed nim czoła. — Jak ty łowisz takie foczki? Podpatrujesz kreatorów mody? Chyba nie ogłaszasz castingów? A może sam szlifujesz im geny?

— Te landszafty malowała natura, mamy ich od groma, jest w czym wybierać — żartobliwie skwitował i zerknął na mnie z zaciekawieniem. — I nie trzeba niczego poprawiać. Podoba ci się ta mała? Jeśli tak, to zaczniemy ją klonować. Jest androidem klasy D2. Stwarza wrażenie czujnej i umiejącej się kontrolować. Będzie odważna i całkowicie oddana sprawie. Wymyślimy dla niej nietrudne zadanie, żeby się sprawdziła. Potem będzie do twojej dyspozycji. Musisz mieć w zapasie dwóch, trzech agentów, gotowych działać nie tylko na Ziemi, ale również na innych planetach.

Z zadowoleniem zatarłem ręce. Miał głowę nie od parady.

— Klasa! — zaczynało być ciekawie. — I pomyśleć, że w chwilach zwątpienia oczyma wyobraźni widziałem siedzących tu zgrzybiałych starców, nie dostrzegających popełnianych przez siebie błędów… — palnąłem bez namysłu.

— He, he, he! — cichutko się roześmiał. Udało mi się go rozbawić. — Nic z tych rzeczy. Tu trzeba ruszać mózgownicą. Sklerotyk nie zagrzałby miejsca.


zobacz stronę

Fantastyka

Powieści i mikropowieści SF

W świecie iluzji


zobacz stronę

Podróże w czasie i przestrzeni


zobacz stronę

Przyloty na Ziemię


zobacz stronę