Na tę książeczkę składają się trzy opowiadania, których bohaterami są dzieci. Teksty te znalazły się przed laty na łamach miesięczników katolickich: «Małego Gościa Niedzielnego», «Małego Apostoła» i «Posłańca Serca Jezusowego». Ich tytuły, to: «Fruwające zwierciadło», «Zaczarowana laseczka» i «Tajemniczy pędzel».
Książeczka «Fruwające zwierciadło» została wydana w 1998 r. Jedno z zawartych w niej opowiadań — «Zaczarowana laseczka» — ukazało się drukiem w 2007 r. jako odrębna pozycja książkowa. Ilustrowała ją Magdalena Hill.
Ta książeczka jest adresowana do czytelników ze szkoły podstawowej i starszych. Niżej znajdziesz jedno z opowiadań z tego zbiorku.
Edward Guziakiewicz
Zaczarowana laseczka
B
yło sobotnie majowe popołudnie. Słońce akurat wyjrzało zza chmur, które od rana kłębiły się na niebie, więc Magda pomyślała, że wreszcie uda się jej wybrać ze skomlącym u drzwi Kajtusiem na odkładany spacer do parku. Jej ukochany jamniczek o lśniącej brązowej sierści przepadał za dzikimi harcami. Ginął między krzakami głogu i bzu, między srebrnymi świerkami i jodłami, uganiał się za wróblami i kawkami, popisywał się jak mógł na swoich krótkich nóżkach i poszczekiwał na przechodniów. To ostatnie jej nie zachwycało. Nikogo jednak dotąd nie pogryzł, a jeśli już kogoś dopadł, kończyło się radosnym popiskiwaniem i przyjaznym oblizywaniem dłoni.
W parku dobrał się najpierw do burego kota, który wylegiwał się na ławce. Przegonił go w mig na rosnącą nieopodal topolę, a potem zaczął przymilać się do Magdy. Nie minęła jednak chwila i znowu go nie było. Pogonił za wymachującym białą laseczką przechodniem w szarym kapeluszu, niknąc za nim w sąsiedniej alejce. Kiedy dotarła do zakrętu, zamarło jej serce. Pies szarpał nogawkę spodni starszego pana i próbował złapać zębami jego laskę, którą tamten oganiał się od niego.
— Kajtuś, Kajtek — struchlała zawołała. — Wracaj natychmiast do pani! — Pognała za nim w te pędy, chwytając rozeźlonego jamniczka za wysadzaną cekinami obrożę i odciągając go od nieznajomego. — Bardzo pana przepraszam! — rzuciła, z trudem łapiąc oddech.
Tamten nie miał pretensji do jej małego przyjaciela. Nie należał do tych dorosłych, którzy obrażali się z byle powodu.
— Nie przejmuj się — życzliwie odpowiedział. — Zdarza się! Pies musi się wyszaleć. Nie może być bez przerwy trzymany na uwięzi.
Zgadzała się z rozmówcą, ale nie wypadało jej otwarcie stawać po stronie małego łobuza.
— Owszem, musi. Czy można jednak pozwalać na to, żeby gryzł wszystko, co wpadnie mu w zęby? Jeszcze raz pana przepraszam! — z przejęciem wydukała. Z troską przyjrzała się szarym spodniom przechodnia, a potem jego laseczce, szukając śladów po wyczynach rozdokazywanego czworonoga.
— Nic się nie stało, wierz mi — nadal uspokajał ją nieznajomy. Okazał się nadzwyczaj skory do rozmowy. — Cieszę się — dodał — że twój jamniczek jest taki rezolutny.
— Re-zo-lut-ny? — zdziwiła się, nie pojmując, co tamten ma na myśli.
— O, tak — z przekonaniem potwierdził. — Chyba wyczuł, że laseczka, którą z sobą noszę jest zaczarowana...
Zrobiła wielkie oczy. Czyżby jej przypadkowego rozmówcy nie opuszczała ochota na żarty? Chodziła do czwartej klasy i daleka była od tego, żeby wierzyć w czary. Na wszelki wypadek uważnie przyjrzała się rączce, rzeźbionej w esy-floresy.
— Za-cza-ro-wa-na? — skrzywiła się. — Nie wygląda na taką.
Starszy pan zagadkowo się uśmiechnął. Nie przejął się wcale jej zastrzeżeniami. Zresztą każdy na jej miejscu miałby wątpliwości.
— Mogę ci pokazać, co ona potrafi — usłużnie zaproponował, gotowy do popisu. Uniósł laseczkę do góry i niczym sztukmistrz w cyrku wykonał nią kilka sekretnych ruchów. W rezultacie tego Kajtek gwałtownie zaszczekał, wyrwał się Magdzie z rąk i jak szalony rzucił się na trawnik.
Spojrzała za nim, a z wrażenia serce jej załomotało. Nieopodal krzewów bzu kicało stado śnieżnobiałych króliczków. Z całą pewnością przed chwilą ich tam nie było.
Jej rozmówca nie pozwolił jednak jamnikowi dopaść bezbronnych stworzonek. Laska wykonała kolejny półobrót w powietrzu i króliki znienacka zamieniły się w białe gołębie. Te szybko odfrunęły, przestraszone przez psisko.
— Pan jest czarodziejem — wyszeptała Magda zbielałymi z wrażenia wargami. Nie sądziła, że takich ludzi naprawdę można spotkać. Wydawało się jej, że są tylko w książkach dla dzieci.
— Czasami tak mnie nazywają — z dumą odpowiedział starszy pan. — Ale nie musisz się obawiać — z zadowoleniem obejrzał laseczkę. — Nie czynimy bowiem nikomu krzywdy, ani ona, ani ja.
Kajtek wrócił i jeszcze raz z przejęciem zlustrowała staruszka. Nic szczególnego nie wpadło jej jednak w oczy. Podobni do niego spacerowali po ulicach, w supermarketach stawali w kolejce do kasy i objuczeni zakupami wsiadali do tramwajów.
— Nie przypomina pan nikogo takiego, kto byłby zdolny do czegoś złego — wydusiła z siebie, przestępując z nogi na nogę.
Nieznajomy z uśmiechem podał jej laskę.
— Przyjrzyj się jej z bliska — rzucił zachęcająco. — To nie są kije samobije...
Dziewczynka odważnie wzięła ją do rąk i obejrzała ze wszystkich stron. Laseczka jak laseczka, nie wyglądała groźnie.
— Jeśli zechcesz — kusząco podpowiedział czarodziej — z jej pomocą mogę cię przenieść do świata prawdziwych bajek.
Kręciła nosem, oddając mu magiczny przedmiot. Nie wypadało jej łakomić się na taką propozycję. Przecież nie znała spotkanego mężczyzny i nic o nim nie wiedziała. Właściwie już miała odejść i z żalem go pożegnać, gdy jej mały przyjaciel nagle ją zatrzymał. Przysiadł na krótkich łapkach i zaskomlał tak prosząco, że nieoczekiwanie dla samej siebie wywnioskowała, iż nie może odmówić. Jakby wtrąciły się siły wyższe...
— Zatem wyruszamy! — zawołał starszy pan, szczerze uradowany tym, że Magda mimo oporów nabrała ochoty na podniecającą wyprawę.
Laseczka wykonała w powietrzu kilka piruetów i nagle zapadła ciemność. Zaraz jednak zabłysło światło, lecz po parku, drzewach, alejkach i ławkach nie zostało nawet śladu...
O
toczenie, w którym się znaleźli, w niczym nie przypominało przed chwilą opuszczonego świata. Trafili do baśniowego pałacu, w którym mieszkały żywe zabawki oraz postaci z filmów dla dzieci. Było ich tutaj tak dużo, że Magda nie mogłaby ich policzyć, choćby chciała. Czujący się jak u siebie czarnoksiężnik wyglądał inaczej niż przedtem. Zdobiła go długa czarna opończa, a zamiast wymiętego szarego kapelusza miał na głowie błyszczący cylinder.
Kajtek trochę się boczył. Jednak wkrótce porwał go świat zabaw i zniknął między marionetkami i rozbrykanymi pluszowymi misiami. Chłodzące napoje roznosiły brodate krasnale w czerwonych kubraczkach i czapkach. Szli, mijając kolejne gustownie wyposażone sale. Dotarli do skrzydła, w którym odbywał się iście królewski bal i popisywano się wytwornymi dworskimi tańcami.
— Ależ tu superowo! — szepnęła Magda, zauroczona niezwykłym pałacem i panującą w nim atmosferą. — Lecz... wydaje mi się, że skądś znam te wnętrza... i te wesolutkie lale.
Na twarzy starszego pana zaigrał półuśmiech.
— Hę, nic dziwnego, to świat twojej wyobraźni. Nie brakuje mu barw, bo cechuje cię optymizm, a z natury jesteś promienna i radosna — skwapliwie wyjaśnił. — Umiesz się cieszyć i zależy ci na tym, żeby inne maluchy też się cieszyły. — Zaraz jednak dziwnie posmutniał i wyczuła, że nie pozostaną tu długo. — To jeszcze nie wszystko, co chciałem ci pokazać — zdradził się ze swymi zamiarami. — Proponuję następną wycieczkę! — poddał myśl, zerkając na nią badawczo.
Złapała na ręce jamniczka, obawiając się, że zawieruszy się w mijanych komnatach i że go potem nie odszuka. Jej przewodnik zaś przystanął i sięgnął po ukrytą pod opończą laseczkę. Znowu wykonał kilka tajemniczych znaków. Nie wrócili jednak do parku.
Z
abłysło światło, ale nieefektowne, nijakie i mdłe. Z trudem przebijało się przez unoszące się wokół opary. Nieznana gładź, na której się znaleźli, nie miała barw — była szara i monotonna. Tonęli we wszechogarniającej wszystko mgle i poruszali się jak w mazi, ledwo powłócząc nogami. Straszyło pustką i chlupało pod stopami. Wyrastały przed nimi co rusz opadłe z liści rosochate wierzby. Czarnoksiężnik przeobraził się, dopasowując do odpychającego otoczenia. Przypominał teraz żebraka o ziemistej wychudłej twarzy. Okrywały go brudne łachmany, nie chroniące przed zimnem.
— Hej, hej, jest tu ktoś? — zawołała dziewczynka.
Odpowiedziało jej przytłumione echo. Zawył ostry świszczący wiatr i zakasłał w czarnych mokrych konarach.
— To wyobraźnia kogoś, kto mieszka blisko ciebie, w twojej kamienicy — podpowiedział jej żebrak, narzuciwszy sobie na głowę bezkształtny kaptur, spod którego wyzierały tylko czujne oczy.
Zmarszczyła brwi, usilnie próbując sobie uzmysłowić, kto w jej otoczeniu jest smutny. Przypomniała sobie o małej sąsiadce z pierwszego piętra, z którą nikt nie chciał się bawić.
— Domyślam się — w pewnej chwili rzekła. — Ani chybi, to ta drobna Agata. Ma takie śmieszne mysie warkoczyki i bladą buzię, która od dawna nie widziała słońca. Wychodzi czasami na podwórko, ale tylko stoi i patrzy. Nie odzywa się do nikogo. Nie próbuje dokazywać. Nawet nie gra w klasy...
Jamniczek zdawał się rozumieć, kogo wspomina jego pani i lękliwie zaskomlał.
— Zatem orientujesz się, że to o nią chodzi — ucieszył się starszy pan i odniosła wrażenie, że odetchnął z ulgą. — A skoro już o tym wiesz, możesz spróbować jej pomóc.
Spojrzała na czarnoksiężnika ze zdziwieniem w oczach. Nie sądziła, że z wyprawą do bajkowych dali może wiązać się jakiś ukryty cel. Przypuszczała, że miał na myśli tylko niezobowiązującą zabawę.
— Ja?! — nie mogła wyjść ze zdumienia. — Dlaczego właśnie ja?
Nie odpowiedział. Uniósł do góry laseczkę i wykonał nią kilka ruchów. W te pędy pożegnali ponury świat. Rozpłynął się przed ich oczami, zamieniając się w czerń. W chwilę później świeciło już złote słońce.
B
yli w parku, dokładnie tam, skąd wyruszyli w tajemniczą podróż. Uradowany Kajtek skoczył między klomby z bratkami.
— Dlaczego ty? — tamten wrócił do postawionego przez nią pytania. — Króciutko się zastanawiał. Miał znowu na głowie ten sam co poprzednio szary kapelusz. — Dlatego, że to potrafisz. Nic ponad twoje siły. Możesz sprawić, że świat marzeń Agaty stanie się taki sam jak twój — przypieczętował, pewny tego, że się nie myli.
— Nie wiedziałam, że będę w stanie temu podołać — nieuważnie odrzekła Magda. Wypatrywała psotliwego Kajtka, który hałaśliwie ujadał, skryty w krzewach.
— Będziesz w stanie, jeśli zechcesz!
Pobiegła za psem, zastanawiając się, czy czarodziej nie wymaga od niej za wiele. Dopadła jamnika i założyła mu smycz.
— Zgadzam się! — odkrzyknęła, gdy powróciła na ścieżkę. — Zajmę się Agatką...
Ostatnie słowa utknęły jej w gardle. Nieznajomego przechodnia nigdzie nie było. Przetarła oczy ze zdumieniem i z uwagą rozejrzała się dokoła.
— Czyżby mi się przywidziało? — zapytała małego przyjaciela. Czworonoga jednak nie zajmowały takie rzeczy. Wyrywał się jej z rąk i chciał gnać przed siebie. Pociągały go tylko psie figle.



