Tekst został zamieszczony na łamach tygodnika «Przewodnik Katolicki» w 1992 roku. Bohaterem tego opowiadania jest chłopiec, zaciekawiony przesłaniem trzech magów ze Wschodu. Przyłącza się do wędrującej karawany, by oddać pokłon narodzonemu w Betlejem Dziecięciu.
Mędrcy, Przewodnik Katolicki, nr 1/1992, s. 4
Z Ewangelii według św. Mateusza 2, 1-12
Gdy zaś Jezus narodził się w Betlejem w Judei za panowania króla Heroda, oto Mędrcy ze Wschodu przybyli do Jerozolimy i pytali: «Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon». Skoro to usłyszał król Herod, przeraził się, a z nim cała Jerozolima. Zebrał więc wszystkich arcykapłanów i uczonych ludu i wypytywał ich, gdzie ma się narodzić Mesjasz. Ci mu odpowiedzieli: «W Betlejem judzkim, bo tak napisał Prorok:
A ty, Betlejem, ziemio Judy, nie jesteś zgoła najlichsze spośród głównych miast Judy, albowiem z ciebie wyjdzie władca, który będzie pasterzem ludu mego, Izraela
Wtedy Herod przywołał potajemnie Mędrców i wypytywał ich dokładnie o czas ukazania się gwiazdy. A kierując ich do Betlejem, rzekł: «Udajcie się tam i wypytujcie starannie o Dziecię, a gdy je znajdziecie, donieście mi, abym i ja mógł pójść i oddać Mu pokłon».
Oni zaś wysłuchawszy króla, ruszyli w drogę. A oto gwiazda, którą widzieli na Wschodzie, szła przed nimi, aż przyszła i zatrzymała się nad miejscem, gdzie było Dziecię. Gdy ujrzeli gwiazdę, bardzo się uradowali. Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon. I otworzywszy swe skarby, ofiarowali Mu dary: złoto, kadzidło i mirrę. A otrzymawszy we śnie nakaz, żeby nie wracali do Heroda, inną drogą udali się do ojczyzny swojej.
Edward Guziakiewicz
Mędrcy
P
okryta tu i ówdzie skarlałymi krzewami pustynia sięgała po horyzont i wydawała się nie mieć granic. Przesypujący się niczym popiół piasek przestawał parzyć, a skały rzucały dłuższe cienie. Rozkulbaczone wielbłądy i dromadery majestatycznie wpatrywały się w dal lub szukały pożywienia. Pospiesznie rozbijali obóz, dwojąc się i trojąc, żeby zdążyć przed zapadnięciem ciemności. Wzorzyste namioty lśniły, a obok nich leżały pokaźne juki z towarami. Trzej magowie wypoczywali, schronieni pod rozwieszoną na bambusowych prętach purpurową materią. Byli zadumani i myślami nieobecni. Kasper gładził pokrytą siwizną długą brodę. Baltazar mamrotał słowa dziwnej modlitwy, niezrozumiałej i brzmiącej obco dla sług. Melchior zdawał się na siedząco zasypiać. Mędrcy pochodzili z daleka, może nawet z Mezopotamii i zajęty wielbłądami Ereb zerkał co rusz w ich stronę z mieszaniną lęku i ciekawości, gotowy podbiec, gdyby czegoś potrzebowali. Ich największym skarbem był pieczołowicie przechowywany pożółkły papirus, zawierający proroctwo o wielkim królu. Jego treść znali prawie na pamięć, odczytywali zwój i recytowali, pokrzepiając się zawartym w nim przesłaniem. Wędrowali w kierunku, który pokazywała gwiazda, od niedawna widoczna na nocnym niebie. Tajemne orędzie do niej się bowiem odwoływało.
Ereb dobrze pamiętał ostatnie tygodnie. Gwiazda z ciągnącym się za nią złotym ogonem pojawiła się bez zapowiedzi, nieomal z dnia na dzień, wywołując popłoch i budząc grozę. Plotkowano o niej z przejęciem na targowiskach i przyświątynnych placach oraz w domowych zaciszach. Szeptano o niej z trwogą, nie wiedziano bowiem, co zwiastuje i jak wpłynie na losy ludzkie. Miała większą moc niż inne gwiazdy, o których uczyli egipscy i syryjscy astrologowie, bo przewyższała je jasnością, zatem nie można było jej lekceważyć.
Obóz był rozbity i rozpoczęła się spokojniejsza krzątanina. Stopniowo i ona ustawała, a wymęczeni wędrowcy zapadli w bezruch. Płonęły skąpe ogniska. Kolejna noc otulała ciemnością ziemię. Znużony Ereb wsunął się pod miękkie skóry i wpatrzył się w rozgwieżdżony firmament. Ogrom nieba zawsze go zachwycał i upajał się jego widokiem. Wierzył, że w górze przebywali wpływowi bogowie, niekiedy zstępujący na ziemię, by pouczać śmiertelnych. W Aramie czczono Zeusa i Baala, ale byli też tam znani inni włodarze niebios, oddani bądź to siłom dobra, bądź to potędze zła.
U
tkwiło mu mocno w pamięci tamto późne popołudnie, służył wtedy u kupca Joachima, kiedy ci trzej zatrzymali się na nocleg. Sprytnie ukryty za stertami zrolowanych barwnych tkanin, z duszą na ramieniu nadstawiał ucha, przysłuchując się królewsko odzianym przybyszom. Ci objaśniali Joachimowi treść pożółkłego papirusu. Opowiadali o tym, że Bóg bogów, pan wszystkich stworzeń, lądów i mórz, ma zamiar zesłać na ziemię swego syna. Mimo iż zdobywali w młodości tajemną wiedzę w Egipcie, nie utożsamiali Najwyższego z żadnym bogiem z państwa nad Nilem.
Wstrzymując oddech, łowił uchem dziwy, z którymi wcześniej nigdy się nie zetknął. Magowie ze Wschodu wyruszyli w drogę, chcąc dotrzeć tam, gdzie miał przyjść na świat syn Boży, aby oddać mu pokłon. Wędrowali, idąc za tajemną gwiazdą. Wieźli cenne podarki ze złota i brązu, ze srebra i szlachetnych kamieni, kadzidło, mirrę, ozdoby, kosztowne pachnidła i delikatne płótna. Chcieli uczcić króla, który miał się pojawić w postaci nowo narodzonego dziecięcia. Chłopakowi z wrażenia serce biło tak mocno, iż obawiał się, że jego łomot zdradzi go przed tamtymi. Może nie powinien był ich podsłuchiwać i mieszać się do nie swoich spraw?
Ich słowa zapadły mu w pamięć i nie dawały mu spokoju. Od dawna skrycie marzył o niecodziennej wyprawie do nieznanych krain. Chciał zakosztować niezwykłych przygód, jak niemal każdy młokos w jego wieku. Bywało, że wybiegał z innymi wyrostkami za kute bramy miasta, by chłonąć wzrokiem bezbrzeżną dal i witać lub żegnać karawany. Nie przespał owej nocy, przewracając się na posłaniu i rozpaczliwie bijąc się z myślami, a po wschodzie słońca odważył się i przypadł do stóp jednemu z przybyszy. Kasper z zastanowieniem uśmiechał się pod nosem, chwilę szarpał siwą brodę, a wreszcie pozwolił mu zabrać się z nimi. Szukał poganiacza wielbłądów i zapłacił Joachimowi za to, by ten zgodnie z prawem uwolnił młokosa. Erebowi nie trzeba było niczego więcej do szczęścia. Opuścił miasto bez żalu, z werwą poganiając zwierzęta i nie oglądając się za siebie. Nie miał ojca ani matki, nikogo, kto by go kochał, bowiem kapryśny los poskąpił mu prawdziwego dzieciństwa. Zagrzebał się teraz w skóry, wiedząc, że pod rozgwieżdżonym pustynnym niebem może czuć się bezpieczny. Tu nikt sobie z niego nie kpił, nie łypał na niego złym okiem, ani nie nakładał na niego obowiązków ponad miarę.
Gwiazdy zawirowały. Ucichł obóz, czuwały tylko straże, a chłopakowi jak na komendę opadły powieki. Od czasu do czasu parskały juczne zwierzęta. Przygasały ogniska. Równo oddychał przez sen, zaś jego smagłą twarz rozjaśniał bezwiedny uśmiech, bowiem odkąd wyruszył w drogę, nie trapiły go nocne zmory. Opuściło go poczucie osamotnienia. Ciągnąca się za gwiazdą złota smuga przemieniała się w jego marzeniach sennych w gruby kobiecy warkocz. W nocnej scenerii powracała do niego młoda niewiasta o ujmującej twarzy. Ta serdecznie tuliła go do siebie jak ukochanego syna. Pieściła jego kędziory niby rodzona matka, szepcząc mu czule do ucha, że go miłuje.
P
o dniach forsownego marszu utrudzeni wędrowcy pokonali szeroką rzekę, minęli Morze Słone i dotarli do pagórzystej Judei. Na drogach nie brakowało podróżnych z tobołami i kijami w rękach. Głównym tematem rozmów był spis ludności, zarządzony przez imperatora. Jedni podążali do miejsc urodzenia, inni wracali do opuszczonych miasteczek i wiosek, ciągnąc w stronę Galilei. Sarkano i szemrano, gardząc władcą Rzymu, który licząc dwanaście pokoleń Izraela, przywłaszczał sobie prerogatywy, należne Bogu. Jedynie Elohim, jak tu wierzono, miał prawo do swego ludu.
Mimo oporów spis się odbywał, choć nie bez pomocy wojska. Oddziały krążyły po drogach, gotowe zdusić każdą oznakę buntu, a Ereb z otwartymi z przejęcia ustami gapił się na jezdnych, na zdobione czerwienią lśniące hełmy, na naramienniki, na tarcze, włócznie i krótkie miecze. Przyglądał się jasnym czuprynom żołnierzy i ich mocno zbudowanym koniom o szerokich zadach. Przysłuchiwał się z zaciekawieniem twardo brzmiącej mowie.
Szeroko się rozpościerająca stolica Judy olśniła chłopaka. Znacząca się tu potęga zdawała się nie mieć sobie równych. Ereb buszował po placach i targowiskach. Podziwiał zbudowaną z kremowo zabarwionych kamieni świątynię. Dotarł do zewnętrznego dziedzińca, na którym handlowano zwierzętami ofiarnymi i wymieniano pieniądze. Gwiazda znikła, zaś mędrcy zatrzymali się w dużej gospodzie. Szukali króla królów, wypytując urzędników i uczonych — i pewnego wieczora podeszły w latach Herod, władający Idumeą, Judeą, Samarią, Galileą i innymi krainami, zainteresował się nimi, przysyłając potajemnie sługę. Udali się do jego ogromnego pałacu na zachodzie miasta. Tu przekonali się, że pożółkły papirus mówił prawdę.
Ś
więte księgi Izraela przewidywały nadejście Mesjasza. Wzmiankowały Betlejem w Judzie — i magowie udali się bezzwłocznie w stronę tej niewielkiej miejscowości. Ereb poganiał wielbłądy, ochoczo pokrzykując. Czuł się kimś ważnym, bo tylko on, wraz z innym sługą, towarzyszył mędrcom, którzy pozostawili w Jerozolimie swój dobytek, ludzi i zwierzęta. Pośpiech był uzasadniony. Kasper wyczuł bowiem fałsz w głosie Heroda. Władca nie poważał świętych ksiąg i nie wierzył w to, co zapowiadały. A mimo to przeląkł się króla królów, któremu pragnęli oddać pokłon i dla którego pokonali tak długą drogę.
Zatrzymali się przed nieokazałą gospodą, a rzucona moneta rozwiązała język jej właścicielowi. Zaskakujące wieści rozchodziły się zwykle lotem błyskawicy. Wspomniał o skromnych pasterzach z okolicznych wzgórz, o niezwykłym widzeniu aniołów i o dziecięciu, które się narodziło. Wskazał im dom, w którym przebywali przybysze z Galilei.
Gwiazda rozbłysła z mocą, unaoczniając im, że dotarli do celu. Zdawała się im mówić o tym, o czym mogli słyszeć tylko nieliczni wybrani. Upadli na twarze i złożyli pokłon Niemowlęciu, kładąc przed nim dary. Upadł na twarz i Ereb, przejęty do głębi tym, że tu się znalazł. A gdy podniósł wzrok, odkrył ze zdumieniem, że trzymająca w swych ramionach śpiące dziecko młodziutka kobieta ma oblicze z jego słodkich snów. Zaplecione w gruby warkocz ciemne włosy wydawały się rzucać złote błyski.
Maryja zachęcająco uśmiechnęła się do niego, widząc osłupienie w jego gapowatych oczach. A potem życzliwym gestem przywołała go do siebie, nakazując mu podnieść się, podejść i usiąść u swych stóp. Przemógł w sobie ostatnie opory i nie czekając na to, co powie Kasper, skwapliwie przysunął się do jej kolan. Ogarnęło go raptem uczucie szczęścia. Poczuł się jak w rodzinnym domu i nieoczekiwanie zapragnął przy niej pozostać.



