Edward Guziakiewicz
dzieciom

1

W świecie dziecięcej wyobraźni

2

Zabawki

3

Zwierzątka

4

Życie religijne

Jest to opowieść o rudym kotku, którego przypadkiem znalazła po burzy wracająca ze szkoły dziewczynka. Majka zaopiekowała się kotem i przyniosła go do domu. Jej maleńki przyjaciel wniósł w jej życie powiew nowości. Czy jednak był naprawdę zaczarowanym księciem, jak sądziła? Przekonasz się sam, gdy zapoznasz się z tą historią. Jej fragmenty znajdziesz w tym serwisie. Ta książeczka jest adresowana do czytelników w wieku 10-14 lat.

Zobacz w księgarni

Nowela została wydana w wersji elektronicznej w 2019 r. w formatach PDF, ePUB i Mobi.

Edward Guziakiewicz
Przygoda z Rudaskiem
Rozdział drugi
Życzliwe przyjęcie

N

astępnego dnia na pierwszej lekcji było w klasie jak makiem zasiał. Pochyleni nad kartkami białego papieru uczniowie biedzili się z zadaniami z matematyki. Nieliczni wiercili się, gorączkowo zerkając to tu, to tam — jednak ani na pomalowanych na pomarańczowo ścianach, ani na białym suficie nie można było znaleźć poprawnych rozwiązań. Maja nie obawiała się równań i nierówności — radziła sobie z nimi i była pewna, że upora się z klasówką przed dzwonkiem, zwiastującym koniec lekcji. Wiedziała ponadto, że siedząca tuż za nią jej najlepsza przyjaciółka, Justyna, również nie będzie mieć kłopotów z rachunkami. Nie zdążyła z nią jednak wcześniej porozmawiać i w zaufaniu zdradzić, co poprzedniego dnia się stało, bowiem wpadła do klasy równo z wchodzącym do niej belfrem. W drzwiach omal z nim się nie zderzyła. I dopiero teraz, gdy uporała się już z ostatnim zadaniem i jeszcze raz przejrzała obliczenia, zaczęła ukradkiem zezować do tyłu, dumając nad niezwykłą nowiną, którą zamierzała się z nią podzielić. Przecież nie codziennie przynosi się do domu wymagające opieki niezaradne żywe zwierzątko.

Justyna zdawała się czytać w jej najskrytszych myślach. Widząc, że Majka też już skończyła, ostrożnie wychyliła się do przodu i szepnęła jej tajemniczo za uchem:

— Słyszałam, że macie kotka!

Majkę zamurowało. Nie mogła się jednak odwrócić, więc Justyna nie dostrzegła rysującego się na jej twarzy wyrazu osłupienia. Oczyma wyobraźni dziewczynka znowu ujrzała rozlepione po mieście duże kolorowe afisze z wydrukowanymi ogromną czcionką krzyczącymi tytułami: „Kot u Buzińskich”, „Buzińscy mają kota”. Jej myśli pobiegły ku plotkującej sąsiadce, to wyglądającej jak sapiąca i buchająca parą lokomotywa, to znowu przypominającej zirytowaną, bulgocącą indyczkę, gotową z impetem porwać się ku temu, kto jej wejdzie w drogę.

Podniosła się i podeszła z kartkami papieru do biurka, by oddać rozwiązane zadania. Lekko skłoniła się przed nauczycielem, nazwali go w klasie Sinusem, potem jednak z powrotem usiadła i zasłaniając dłonią usta zapytała półszeptem Justynę:

— Skąd wiesz o kocie?

Słowa siedzącej z tyłu koleżanki były równie cichutkie — dokładnie takie, na jakie można sobie pozwolić w czasie klasówki, kiedy wszyscy są zapracowani i pochyleni nad zadaniami, a w budzącej grozę ciszy słychać tylko bzyczenie bezkarnie krążącej nad głowami muchy.

— Mówiła Jakubowa...

Domysły okazały się trafne i Maja głęboko odetchnęła. Przysadzista plotkara z tego samego piętra była szybsza niż ona. Miała niejaką nadzieję, że będzie pierwszą, od której Justyna dowie się o jej przygodzie w parku, lecz jak się — niestety — okazało tę rundę przegrała z nadmiernie rozmowną sąsiadką. Właściwie trudno było nie podziwiać Jakubowej. Kto wdawał się z nią w pogawędki, nie musiał czytać lokalnej prasy ani słuchać radia. Tęga kobieta z powodzeniem zastępowała tabun redaktorów z mikrofonami, notatnikami i długopisami w rękach. Jeśli gdzieś w pobliżu ich kamienicy lub dalej w obrębie ich osiedla dochodziło do czegoś niezwykłego i choćby na jotę odbiegającego od szarzyzny codziennego życia, prawie natychmiast można było ją tam ujrzeć. Potem krążyła po wszystkich znajomych i jako naoczny świadek z niezwykłą wylewnością dzieliła się posiadanymi rewelacjami.

Dziewczyna znów zasłoniła dłonią usta.

— Znalazłam go po burzy w parku — przesylabizowała, udając zainteresowanie czarną tablicą i starając się dobrze odegrać rolę brzuchomówcy. Matematyk spoglądał akurat w inną stronę.

Szept Justyny był nadal ledwo słyszalny. Było jej łatwiej obracać językiem, gdyż schowała się za plecy Majki i trwający na posterunku Sinus prawie jej nie widział.

— A jak go nazwałyście?

Dziewczyna wyprostowała się i potarła ręką czoło. Niemal z bólem pojęła, że jej cudownemu puszystemu maleństwu nie nadano jeszcze imienia. Było jak bez metryki. Nikt w mieszkaniu, ani ona, ani matka, ani tym bardziej ojciec, który wieczorem wrócił do domu, nie wpadł na to, żeby o tym pomyśleć. Znalezione w parku stworzonko pozostawało więc nadal bezpańskie. Nie należało do rodziny. A przecież imię tak wiele znaczyło. Dodawało blasku. Wyzuwało z anonimowości.

Justyna doszła do wniosku, że Maja chyba zasnęła. Pochyliła się więc ponownie, prawie położyła się na zielonym blacie ławki i delikatnie szarpnęła koleżankę za rękaw szkolnego fartucha.

— No więc jak? — szepnęła. — Jak się ten wasz kot nazywa?

Dziewczynka obojętnie wzruszyła ramionami, jakby chodziło o rzecz tak błahą, że nie wymagającą odpowiedzi. Zasłoniła usta, markując ziewanie.

— Jeszcze... go... nie nazwałyśmy. Nie było... na to... czasu... — niby to szczerze wyjawiła, ale bez widocznego przekonania. Nie mogła przecież przyznać się do tego, że dopuściła się tak rażącego niedbalstwa.

Justyna nadal usiłowała drążyć ten temat, przejęta losem biednego stworzonka, które znalazło schronienie w mieszkaniu jej najlepszej przyjaciółki.

— Bo Jakubowa... — zaczęła swoją kwestię, ale nie dokończyła. Nauczyciel podniósł się bowiem nagle zza biurka i surowo spojrzał w stronę szepczących dziewczynek. Jego wzrok wyrażał dezaprobatę.

— Skończyłyście — powiedział — to nie przeszkadzajcie teraz innym.

Natychmiast zrobiły miny niewiniątek. Wyglądały teraz jak dwa przeczyste uskrzydlone elfy, które grzechem byłoby posądzać o niecne zamiary.

Zmarszczył brwi i mruknął pod nosem bardziej do swoich myśli niż do dziewcząt: — Dwa aniołki w niebie, piszą list do siebie. Piszą, piszą i rachują, ile kredek potrzebują!..

Na chwilę o nich zapomniał i przeniósł swoją uwagę na Bartka z ostatniej ławki. Ten poziewywał, siedząc nad czystą kartką papieru i myśląc o niebieskich migdałach. Belfer przespacerował się na koniec klasy i przypiął się do niego.

— Za bardzo się nie napracowałeś — zaczął ironicznie. — Bimbaj tak dalej, bimbaj, a efekty będziesz miał na świadectwie — popłynęła tyrada gorzkich słów. — Z matmy jesteś do tyłu, z polaka i z bioli też, widziałem przed chwilą w dzienniku, przecież ty się w ogóle nie uczysz. Inni się przykładają, a ty ani be, ani me. Całkiem sobie odpuściłeś. I jak masz, durna pało z kolczykiem w uchu, ukończyć tę szkołę? Chcesz się załatwić w tak idiotyczny sposób, nie szkoda ci?

Chłopak niedbale się podniósł, potem niespiesznie opadł z powrotem, nic sobie nie robiąc z przestróg nauczyciela.

Matematyk niepostrzeżenie zbliżył się do ławek z tej strony klasy i ujął z kolei do ręki kartkę Justyny, przyglądając się nagryzmolonym przez nią z obu stron szeregom równań. Wykrzywił usta, starając się nadać twarzy srogi i odpychający wygląd — po jego minie jednak poznały, że jest zadowolony z wyników. Już jej nie oddał zadań. Odwrócił się i zatrzymał dopiero przy uchylonym oknie.

— Nie ma sensu, żebyście tu nadal siedziały — dodał po chwili zastanowienia. — Możecie obie wyjść na korytarz. Ale po cichutku.

Nie trzeba im było tego dwa razy powtarzać. Wymknęły się chyżo z klasy, ba, wystrzeliły z niej jak z procy.

Rozdział trzeci
Imię dla kocurka

S

tarannie wypastowana i wyfroterowana posadzka korytarza szkolnego lśniła jak nowa. Panowała głucha cisza, bowiem do upragnionego dzwonka brakowało jeszcze kilku minut — i przed klasami nikt się nie snuł i nie szwendał. Tylko z parteru dochodziły przytłumione odgłosy i pokrzykiwania. W sali gimnastycznej z zapałem grano w siatkówkę, w piłkę ręczną lub w koszykówkę.

— Co sądzisz o tym Bartku? — zapytała Justyna.

— Ciemny jak tabaka w rogu. Sinus zalufi go na koniec roku i będzie kiblować w tej samej klasie.

— Fe! Nie wyrażaj się tak o nim.

— Lubisz go?

— O tyle o ile. Kompletna załamka. Ma kłopoty ze starymi.

— Serialnie?

Zdążyła przed wyfrunięciem z klasy zapobiegliwie złapać papierową torbę z drugim śniadaniem. Wyjęła z niej dwa soczyste czerwone jabłuszka, które pachniały już jesienią. Jedno wręczyła zaraz koleżance, a ta złapała je skwapliwie.

— Bo ta okropna Jakubowa oświadczyła — dokończyła myśl podjętą w klasie — że powinno się go nazwać Rudzielcem, albo jakoś tak, ze względu na ubarwienie. Ale w życiu nie widziałam rudego kota, jak babcię kocham. Farbowany, czy co? A może on nie jest rudy tylko brązowo-kasztanowy?..

Majce nie spodobała się ta propozycja i uznała ją za z gruntu chybioną. Brzydko się skrzywiła, okazując rozdrażnienie.

— Też coś?! — wyrzuciła z siebie z niechęcią. — Nazwałabyś tak zwierzątko, które bardzo lubisz? Psa, kota, króliczka, świnkę morską lub żółwia? Imię musi być śliczne i budzić miłe skojarzenia.

Justyna wydawała się podzielać jej oburzenie. Zębami wgryzła się w jabłko, aż strzelił słodki miąższ.

— Masz rację, moja droga — zgodziła się z Majką. — Rudy, Rudzielec, Rudas — to nie są miana dla kota, za którym się przepada.

Jej stanowisko nie budziło wątpliwości, jednak dla większej pewności Majka jeszcze raz wzięła zbiedniałe stworzonko w obronę. Nie mogła skłamać, przyniesione do domu kociątko było rude — i pamiętała, że w parku wzięła je za przemoczoną wiewióreczkę.

— To prawda, ma sierść w tym kolorze, innymi słowy jest rudowłosy, tym niemniej wydaje mi się ładny, co ja mówię, bardzo ładny — orzekła. — Przekonasz się o tym, gdy tylko ujrzysz go na własne oczy...

Miała jeszcze w upojeniu dodać, że jest tak śliczny, tak zachwycający i tak cudowny, że trudno było nie stracić dla niego całkiem głowy, ale postanowiła z tym poczekać. Nie należało uprzedzać faktów. Pomyślała, że koleżanka i tak nad nim się roztkliwi, kiedy tylko wdepnie do niej do mieszkania. Była stuprocentowo pewna, że Justyna rozpłynie jak wosk i zakocha się w jej maleństwie od pierwszego wejrzenia.

Uszczęśliwiona posiadaniem kota Maja opanowała w sobie figlarny odruch, by paradnie zjechać na dół po wyślizganej poręczy. Dziewczynki statecznie zeszły po schodach na parter. Prowadzące na dziedziniec wysokie oszklone drzwi były szeroko otwarte i poczuły na twarzach podmuch ciepłego wiatru, niosącego ze sobą zapowiedź lata. Skorzystały z tej gościnnej zachęty i wydostały się na okolony rabatkami taras. Zatrzymały się pod oknami pokoju nauczycielskiego obok rozrosłego krzewu bzu, który już powoli przekwitał. Słońce przygrzewało, zachęcając do lenistwa. Obok nich goniły się przez chwilę w powietrzu dwa białe motyle.

— Wakacje — westchnęła z nadzieją Maja. — Już blisko. Czy wiesz, że według sondaży najpiękniejszym dniem roku szkolnego jest dzień rozdania świadectw?

Justyny nie zainteresował ten temat. Myślała nadal o znalezionym przez koleżankę po burzy przemoczonym stworzonku.

— Ciekawe, jak to z nim będzie — rzekła. — To i owo wiem o kotach i ich przyzwyczajeniach. Chyba będę mogła zajrzeć do ciebie po obiedzie. Pewnie jak go zobaczę, przyjdzie mi do głowy jakieś zabawniutkie miano. A może ogłosimy w klasie konkurs na imię dla twojej znajdy? — zaczęła zachłystywać się pomysłami, które przychodziły jej do głowy. Spodziewała się niezwykłych wrażeń i było to widać po jej oczach.

— Co ty? W klasie? Przenigdy. Oni by nas wyśmiali. A kogóż obchodzi maleńki kot? — Majka cisnęła ogryzkiem, celując w stronę stojącego nieopodal zielonego pojemnika na śmiecie. Trafiła bez pudła. — To umawiamy się na popołudnie. Po obiedzie, jak mówiłaś. Przypuszczam, że ucieszy się, jak cię zobaczy. Ma takie śliczne wąsiska. A poza tym — dodała — nie wymigasz się od obowiązków. Maleństwo wymaga opieki. Będziesz jego drugą mamą. A w pierwszej kolejności wybierzemy się razem po piasek.

Justyna zrobiła wielkie oczy, a jej koński ogon pofrunął.

— Po piasek? — przesylabizowała. — Dlaczego po piasek? — zdumiona do niemożliwych granic wpatrywała się w koleżankę, oczekując wyjaśnień. — Ach, po piasek... — uprzytomniła sobie nareszcie, doznając olśnienia. — Ależ to oczywiste — powiedziała. — Zupełnie zapomniałam. Kocia higiena. Ale słyszałam, że teraz kupuje się w sklepach zoologicznych specjalny żwirek, który zastępuje piasek — rzuciła. — Potem nagle zmieniła temat, nie chcąc podejmować prozaicznej debaty nad kocimi finansami. — Wiesz, co? A może ten twój rozkoszny znajomy — zająknęła się — nie jest zwyczajnym kocurem, ale zaczarowanym księciem?

— Odbiło ci? — zapytała Majka.

Nie zdążyła niczego więcej dodać, bo powietrze rozdarł ogłuszający dźwięk dzwonka. Zaczynała się przerwa. Pomyślały zaraz o tym samym — o klasówce z matmy, którą dopiero co skończyły pisać. Dał się słyszeć tupot nóg.

Wspinały się po schodach na pierwsze piętro, a Justynie przyszedł nagle do głowy pomysł, który uznała za wręcz genialny. Nie omieszkała podzielić się nim z Mają.

— A wiesz? — rzuciła przy jej uchu, podnosząc głos, bo niemiłosierny hałas wypełniał szkolne korytarze. — A może by go nazwać Rudaskiem, co? Czyż to nie piękne imię? Takie milutkie...

Dziewczynka raptem się zatrzymała. Stanęła jak wryta, choć nikogo nie było na jej drodze. Położyła rękę na wyślizganej poręczy. Przez króciutką chwilę miała wrażenie, że pożegnany wraz z dzieciństwem baśniowy świat nagle zawirował i powrócił do jej stóp.

— Rudasek? — zabawnie zmarszczyła brwi, strasznie żałując, że sama na to nie wpadła. — Rudy, Rudzielec, Rudasek — z namysłem powtórzyła i z niekłamanym uznaniem zerknęła na koleżankę, która nieoczekiwanie wybawiła ją z kłopotu. — Masz rację, to cudowne imię. I w sam raz dla mojej biednej znajdy — rzekła z ożywieniem. — Rudasek, Rudasek! — zawołała, ale chyba odrobinę za głośno, bo mijający je właśnie nauczyciel języka polskiego przez moment lustrował je z uwagą. Na szczęście był brunetem, a do tego lekko łysiejącym. — Muszę o tym powiedzieć mamie.

Zatrzymały się przed klasą, przedarłszy się wcześniej przez rozbawioną gromadkę chłopców. Nadstawiły uszu. Powinny były porównać wyniki i ustalić, czy z wszystkimi zadaniami poradziły sobie jak trzeba. I jednej, i drugiej marzyło się świadectwo z paskiem. W takich chwilach kot, chociażby najcudowniejszy i najwspanialszy, nawet zaczarowany, nie mógł być tematem rozmów.

(...)